Logo

Logo

wtorek, 26 października 2010

Już za chwileczkę, już za momencik...

Sądząc po liczbie kawiarni otwierających się w Warszawie, kryzys gospodarczy to zwykła ściema. Właśnie zauważyliśmy kolejny lokal – na rogu Mokotowskiej i Pięknej, w biurowcu, w którym jest już Green Coffee (a obok – Granell Cafe) powstaje coś nowego. Nazywa się tajemniczo, "The Corner – More Than Just Coffee". W środku trwa jeszcze remont a okna zaklejone są folią, więc niewiele da się zobaczyć. Czekamy na odsłonięcie!

piątek, 15 października 2010

Czeko szok




W warszawskiej kawiarni Corner Cafe testowo pojawił się niezwykły smakołyk. To HotChocSpoon, nadziana na drewnianą łyżeczkę czekoladowa bomba, którą należy rozpuścić w mleku, by delektować się niezwykłym smakiem gorącej czekolady. 

Holenderski wynalazek, doceniany przez smakoszy w całej Europie, jest dziełem firmy Chocolate Company, której właściciele przez kilkanaście lat doskonalili technologię przyrządzania czekolady na gorąco. HotChocSpoon to ich najnowsze odkrycie i, jak zapewniają, zarazem najdoskonalsze. Produkt doczekał się blisko pięćdziesięciu odmian smakowych, wśród których są takie rarytasy wersja z pieprzem, wodorostami czy anyżkiem. Jest też propozycja dla twardzieli, z czekoladą o 85-procentowej zawartości kakao produkcji francuskiej Valrhony, jednej z najlepszych na świecie czekoladowych manufaktur. Właśnie ją znajdziesz w Corner Cafe. 

Niestety, właściciele kawiarni zastanawiają się, czy wprowadzać do sprzedaży coś tak dobrego, ale jednocześnie drogiego (orientacyjna cena to ok. 18 złotych), więc HotChocSpoon na razie pełni funkcję  ekspozycji stałej. Mamy jednak nadzieję, że już niebawem się złamią i HotChocSpoon trafi do sprzedaży.
Update: HotChocSpoon trafił do Warszawy, znajdziesz go tutaj !

i tutaj, i tutaj, i tutaj też!

piątek, 8 października 2010

Cookie Monster


Co rano marzysz o tym, by zanurzyć smakowite ciasteczko w filiżance z kawą, ale herbatnik jest zbyt duży? Nie trać wiary. O takich smakoszach jak ty pomyśleli hiszpańscy designerzy ze studia Entresuelo wymyślając filiżankę z otworem na ciastko!

Rzecz na razie jest tak wizjonerska, że możesz ją tylko podziwiać na stronie designerów. O kupieniu nie ma na razie mowy, ale twórcy zapewniają - już niebawem!

piątek, 1 października 2010

Karate mistrz


Masz dosyć nudnych wypieków, które za każdym razem wyglądają, jakby wyjechały z bezdusznej fabryki ciastek? W takim razie potrzebujesz Ninjabreadmen czyli foremek do pierników w kształcie sylwetek wojowników ninja. Dzięki nim w twojej kuchni błyskawicznie zrobi się wesoło niczym w komediach z Jackie Chanem.

Chcesz kupić Ninjabread Menów? Zajrzyj tutaj.

środa, 29 września 2010

Szkoła mistrzów


Chcesz robić świetną kawę? W takim razie ucz się od najlepszych. Kilka patentów na to, by z ziaren wycisnąć maksimum smaku, sprzedał dziennikarzowi Wall Street Journal Andrea Illy, szef Illy, słynnej włoskiej firmy produkującej kawę.

Jego wykład da się streścić do kilku punktów:
  • Zainwestuj w porządny młynek. Tandeta z hipermarketu to marnowanie kawy. Im drobniej zmielisz ziarna, tym więcej aromatu i smaku uda ci się z nich wydobyć (mielenie kawy na pył też nie ma sensu). 
  • Mocno spalone ziarna nie gwarantują wybornego smaku. Zbyt długie palenie kawy zabija przyjemne aromaty czekolady czy migdałów. Staraj się wybierać mieszanki łagodniej palonych ziaren.
  • Jeśli używasz ekspresu ciśnieniowego, pilnuj temperatury wody. Idealny zakres to okolice 90 stopni Celsjusza. Jeśli woda będzie zbyt ciepła, lub, co gorsza, zacznie wrzeć, otrzymasz napój o smaku gotowanego asfaltu.
  • Nie pozwól twojemu espresso ostygnać, pij od razu po zaparzeniu i nie dodawaj do niego cukru czy słodkich syropów. "To nie deser" - napomina Mr. Illy.
Całość do przeczytania tutaj.

wtorek, 28 września 2010

Bezsenność w Seattle

Serwis thedailybeast.com przedstawił niedawno statystyki dotyczące najbardziej "kawowych" miast w USA. Kto wygrał? Oczywiście Seattle, "ojczyzna" Starbucksa i kawowe serce Ameryki, w którym na sto tysięcy mieszkańców przypada aż 35 kawiarni! Obłędna liczba, jeśli zważyć, że Seattle to nie turystyczne eldorado więc kawiarnie utrzymują przy życiu głównie jego mieszkańcy.

Drugie w kolejności jest Portland, gdzie na sto tysięcy mieszkańców przypada 28 coffee shopów. A Warszawa? Okazuje się, że stolica Polski nie wypada na tle miast Ameryki zupełnie źle. W naszym serwisie mamy już sto pięć lokali co po przeliczeniu daje wynik blisko sześciu kawiarni na sto tysięcy mieszkańców w naszym mieście. Zaledwie o cztery mniej niż w Nowym Jorku! Czujesz dumę? :)

Pełne zestawienie najbardziej kawowych miast w USA znajdziesz tutaj.

piątek, 24 września 2010

Think different





Czy, by odnieść sukces na rynku, produkt musi dobrze kojarzyć się klientom? Jak najbardziej! – natychmiast zakrzykną marketingowcy z branży FMCG i brzuchaci dyrektorzy sprzedaży z koncernów produkujących samochody rodzinne.

Okazuje się jednak, że dobre emocje wokół produktu to wcale nie jedyny przepis na sukces. Dobrze wie o tym amerykańska firma, która wypuściła na rynek kawę pod wiele mówiącą nazwą Meth Coffee. Skojarzenie z twardym narkotykiem uzależniającym szybciej niż serial „Na dobre i na złe” jest oczywiste. To wystarczyło, by wokół kawy rozpętała się burza. W niektórych stanach USA rozważano nawet wstrzymanie sprzedaży Meth Coffee a prokurator generalny Illinois nosił się z zamiarem pozwania producentów kawy w związku z rzekomą promocją zażywania twardych narkotyków.

Latwo zgadnąć, że całe to zamieszanie jedynie przysłużyło się niewielkiej firmie z San Francisco, której szefowie okazali się na tyle bezczelni, by wypuszczać na rynek kawę o tak prowokacyjnej nazwie. Dodajmy też, że nie jest to marketing bez pokrycia: Meth Coffee, stanowiąca wyjątkowo energetyczną mieszankę ziaren arabiki z niewielką domieszką liści yerba mate, została przetestowana przez uznane podniebienia w świecie kawy i wyrok był ogólnie pozytywny. Masz ochotę? W takim razie wybierz się tutaj.

Imprezowy piątek vol. 8



Ledwie zdążyliśmy odbyć terapię odwykową, która uwolniła nas od potrzeby bezustannego nucenia "Pack Up", poprzedniego hitu Elizy Doolittle, gdy tymczasem pojawił się nowy przebój Angielki. Piosenka "Skinny Genes" nie ma może finezji kompozycji Reginy Spektor czy dynamiki protest songów grupy Atari Teenage Riot, ale nie można odmówić jej urody. A w świecie muzyki pop to naprawdę wiele.

środa, 22 września 2010

Pod korek



Nie wiesz jak długo w twoim barku stoi otwarta butelka Montepulciano d'Abruzzo, ale trunek był zbyt drogi, by pochopnie wylewać zawartość? Nie ma kłopotu, ten praktyczny gadżet rozwiąże twoje problemy.

A Date With Wine to winestopper tyle, że z datownikiem, który pozwala zaznaczyć, kiedy butelka została przez ciebie odkorkowana. Genialne? W takim razie przygotuj 45 dolarów i udaj się tutaj.

poniedziałek, 20 września 2010

Co pije Europa?




Bionade, niemiecka lemoniada, którą od niedawna chwali się warszawska kawiarnia "Małpi biznes", to produkt o którym można powiedzieć: takie rzeczy się nie zdarzają. A przynajmniej, z całą pewnością, nie zdarzają się w Polsce.

Dla jasności, i dla tych, którzy nie wiedzą o czym mowa: napoje Bionade trafiają dzisiaj do ponad dwudziestu krajów a sprzedaż sięga kilkuset milionów butelek rocznie. Trudno uwierzyć, jak skromne były początki jednego z najpopularniejszych softdrinków na naszym kontynencie.

Wyobraź sobie lokalny, rodzinny i do tego balansujący na granicy plajty browar. Ludzie nie kupują piwa, bo konkurencja robi lepsze, a znikąd nie widać pomysłu na produkt, który mógłby być czymś na miarę przełomu w ponurej egzystencji Privatbrauerei Peter w bawarskim Ostheim von der Roehn.

Nikt nie przykłada szczególnej wagi do eksperymentów, którymi w zapomnianym skrzydle browaru zajmuje się Dieter Leipold, ojczym szefa. Jeszcze mniej osób wie, że Leipold wcale nie szuka nowej receptury na bardziej spienione piwo. Chodzi o coś zupełnie innego. Dieter od pięciu lat prowadzi badania których celem na być przeprowadzenie fermentacji bez uzyskiwania alkoholu. Na badania wydał już półtora miliona euro, co zawiodło firmę kierowaną przez pasierba, Petera Kowalsky'ego, na skraj bankructwa. Eksperymenty przynoszą jednak niespodziewany skutek: w 1995 roku Dieterowi udaje się przeprowadzić fermentację, w wyniku której nie powstaje piwo lecz gazowany napój na bazie słodu jęczmiennego i wody, doprawiony kwasem glukonowym, pochodną glukozy oraz naturalnymi składnikami, które zapewniają lemoniadom smak i kolor.

Tak rodzi się Bionade. Szczegóły tej przemiany są dzisiaj pilnie strzeżoną tajemnicą firmy. Trudno się dziwić, napoje Bionade to obecnie europejska potęga i świetny interes. „Wymyśliliśmy biznes, który nie istniał a dzisiaj wart jest kilka miliardów euro. Zupełnie przypadkiem stworzyliśmy rynek dla eko-napojów” – chwali się Dieter Leipold, obecnie szef świetnie prosperującej firmy. Interes idzie tak dobrze, że już parę lat temu chęć przejęcia go w całości wyraziła Coca-Cola. Nic z tego, Herr Leipold nie zamierza sprzedawać firmy, której podniesienie z kolan kosztowało go tyle wysiłku.

Zanim jednak nastąpiła eksplozja popularności napoju z malutkiego Privatbrauerei Peter, firma musiała przetrwać ciężki okres. Przez trzy lata sprzedaż napojów szła opornie. Aż pewnego dnia doszło do pomyłki: w 1998 roku do hamburskich sklepów i klubów trafiła partia Bionade przeznaczona na rynek węgierski i opatrzona etykietami w języku Beli Bartoka. Trendsetterzy wpadli w zachwyt: nowy, tajemniczy supernapój z egzotycznej Europy Środkowej! W ciągu kilku dni Hamburg ogarnęła lemoniadowa gorączka, która wkrótce rozlała się na kolejne niemieckie miasta a potem - na sąsiednie kraje... Bionade było gotowe na podbój świata.

Wyobrażacie sobie, że taki los spotyka np. Polo-Cocktę? Albo Hoop Colę? Albo Zbyszko Trzy Cytryny?